„Bajki babci Kazi”: Miłość bocianów
sierpień 30, 2013Kazimiera Kowal: „Miłość bocianów” (z książki „Bajki babci Kazi”, Wydawnictwo Poligraf, 2013)
Pewnej wiosny bociany wróciły z dalekiej podróży do swego starego gniazda. Całą zimę przebywały w Afryce. Musiały jesienią odlecieć, bo tu nie przeżyłyby zimy. Nie wszystkie ptaki radzą sobie, gdy śnieg i mróz daje się we znaki. A także zimą nie zdobyłyby jedzenia, bez którego nikomu nie udaje się przeżyć.
Jesienią wszystkie bociany zbierają się w wielkie grupy, robią spotkania, narady, tak zwane ptasie sejmiki.
Organizują się i bardzo starannie przygotowują do podróży. Już we wrześniu zaczynają odlatywać. Jest to długi i wyczerpujący lot. Pokonują góry, lasy, morza i oceany. Lecą i lecą, są w stanie przelecieć nawet 250 kilometrów dziennie. To bardzo dużo. Do Afryki docierają w październiku lub listopadzie. Gdy nadchodzi wiosna, tęsknią i wracają do swego domu, do miejsca, gdzie się urodziły i wychowały.
W marcu są już ponownie, aby przygotować gniazdo ,w którym będą się wychowywać ich dzieci.
Zdarza się, że ich gniazdo zajmą inne bociany. Wtedy walczą o swoje mieszkanie i czasami uda się im przepędzić intruzów i dzikich lokatorów. A jak nie, to sami zajmują komuś gniazdo. A najczęściej, muszą wybudować sobie nowe. Niejednokrotnie remontują i powiększają swoje stare mieszkanie. Przy budowie bierze udział pan Bocian i pani Bocianowa. Obydwoje ciężko pracują, śpiesząc się, aby jak najszybciej mogła zamieszkać cała rodzina. Dbają, aby ich dzieci miały jak najlepsze warunki.
Wyścielają gniazda słomą, torfem, a nawet znoszą tam znaleziony papier i szmaty, czasem sznurki. I to jest bardzo niebezpieczne, bo mogą się potem w nie zaplątać małe pisklątka. Wtedy nie wylecą z gniazda i zginą z głodu.
Gniazda budują wśród osad ludzkich, na wsiach i w małych miastach, bo tam mają więcej spokoju. W dużych skupiskach ludzkich, nie wytrzymałyby takiego hałasu. Zresztą, nikt nie lubi hałasu, bo on bardzo szkodzi zdrowiu.
Gniazdo zawsze umieszczają wysoko na dachach, nieczynnych kominach, słupach, a waży one bardzo dużo, nawet tonę (czyli aż tysiąc kilogramów). Z roku na rok gniazdo jest cięższe, bo cały czas je wyścielają, aby w gnieździe było czysto.
W pewnym gnieździe mieszkała pani Bocianowa z panem Bocianem. Od lat zajmowali wciąż to samo gniazdo, sami go zbudowali. Było bardzo duże, obszerne i wygodne. Oprócz rodziny bocianiej, w zakamarkach gniazda miały schronienie wróble, kawki, kraski i inne małe ptaszki. To wcale nikomu nie przeszkadzało.
Co roku wiosną pani Bocianowa składała tam trzy, cztery a nawet pięć jajeczek. Jajka wysiadywali obydwoje rodzice. Ani na moment nie zostawiali gniazda bez opieki. Kiedy mama była głodna, opuszczała gniazdo, a wtedy zastępował ją tata .
Gdy wylęgły się małe pisklęta, obydwoje rodzice zajmowali się nimi bardzo troskliwie. Zdobywali jedzenie, a maluchy potrzebowały go coraz więcej i więcej. Trzeba przyznać, że apetyt im dopisywał. Dlatego szybko rosły, stawały się silne i samodzielne.
Nie wystarczyło je tylko karmić. Trzeba było przygotowywać je do samodzielnego życia. Uczyć latać, dbać o ich bezpieczeństwo. Czasem zdarza się, że maluchy za bardzo się w gnieździe wiercą, albo są zbyt nieostrożne i wypadają. Czasami też wrona albo kuna może zapolować na maluchy. Wszystkie małe dzieci muszą być ciągle pilnowane przez rodziców, bo nigdy nie wiadomo, co się może im przydarzyć.
Muszą być dobrze odżywiane, aby były zdrowe, bo chore i słabe nie zostaną zabrane jesienią w daleką podróż do ciepłych krajów.
Lecą tylko te, które mogą pokonać taki wysiłek. Inaczej lot całego stada opóźniałby się i wszystkie nie doleciałyby na czas. Przez to, mogłyby zginąć wszystkie.
Jednego razu mama wybrała się na łąkę po jedzenie dla swoich dzieci. Tam zawsze był największy zapas smakołyków, które uwielbiały bocianiątka.
One lubią zajadać tylko mięsko. Nie gardzą owadami, jaszczurkami, myszkami, nornicami, nawet węże im smakują, a i oczywiście żabki .
Niestety, w tym dniu nic nie mogła zdobyć, bo na jej widok wszystkie zwierzątka się schowały. Bocianowa długo brodziła po mokrej łące, szukała w trawie, w norkach, w krzaczkach, w szparkach, zakamarkach, gdzie się tylko dało, niestety, nic nie zdobyła. Zmartwiła się okropnie, bo w gnieździe czekała na nią czwórka głodnych dzieci. Miała jednak nadzieję, że tacie udało się zdobyć trochę jedzenia.
Nawet nie zauważyła, że zrobiło się bardzo późno i zaczęło się powoli ściemniać. Postanowiła wracać z niczym. Sama była też bardzo głodna i zmęczona.Tęskniła za dziećmi, a one również z niecierpliwością za nią wyglądały.
Chciała jak najprędzej zobaczyć swoje maleństwa. Bardzo się śpieszyła, bo całkowicie zrobiło się ciemno i niewiele widziała. Wtedy spotkało ją straszne nieszczęście.
Lecąc, zaczepiła skrzydłem o przewody elektryczne. Okropny ból przeszył jej ciało. Skrzydło zostało mocno zranione. Spadła na ziemię i jeszcze bardziej się poraniła. Nie była w stanie już lecieć. Leżała na ziemi bez ruchu, nie wiedziała, co z nią teraz będzie, ale jeszcze bardziej martwiła się o swoje dzieci. Była jednak dobrej myśli, sądziła, że za chwilę wszelkie dolegliwości jej przejdą i poleci dalej. Niestety, leżała tak unieruchomiona i bezradna aż do rana.
Tata Bocian długo wyczekiwał na swoją żonę i bardzo się martwił. Nie wiedział, co ma robić, gdzie jej szukać. Obleciał wszystkie łąki, pola, stawy, bliższy i dalszy teren. Wypatrywał, nawoływał, klekocąc głośno, ale bezskutecznie. Nigdzie nie spotkał swojej żony. Najgorsze było to, że dzieci bardzo tęskniły za mamą.
Cały obowiązek i odpowiedzialność spadły teraz na tatę. Musiał być silny i pogodzić się z tą sytuacją, a to nie było takie łatwe. Ciężko pracował i też cały czas tęsknił za żoną, bo ją bardzo kochał. Często słychać było smutne klekotanie w ich gnieździe.Teraz wylatując w poszukiwaniu jedzenia dla dzieci zostawiał je bez opieki.
Raz dzieciom zdarzyła się straszna przygoda. Nad gniazdem krążył duży, drapieżny jastrząb. Obserwował swoje ofiary i szykował się do ataku. Maluchy przytuliły się do siebie, drżąc ze strachu. Wołały na pomoc tatę, ale on nie słyszał ich cichutkich głosików. Zadowolony z takiej sytuacji jastrząb postanowił zaatakować. I już, już był prawie w gnieździe, ale zobaczył to powracający z łowów tata. Rzucił się z ogromną siłą w obronie. Jastrząb zupełnie nie spodziewał się ataku, więc natychmiast odleciał. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Ach, jakież to było niebezpieczne! Było to dla nich straszne przeżycie. Całe szczęście, że tak się skończyło.
Tymczasem mama starała się wrócić do domu. Myślała, że jednak uda jej się pofrunąć. Wykonywała różne podskoki, aby wzbić się w górę, jak to czynią nawet zdrowe bociany, ale złamane skrzydło uniemożliwiło jej oderwanie się od ziemi.
Postanowiła więc wrócić do rodziny pieszo. Długo wędrowała, całe dnie i noce, aż wreszcie dotarła.
Och, jakaż to była wielka, wielka radość. Wszyscy byli bardzo szczęśliwi. Pan Bocian klekotał tym razem ze szczęścia. Bocianiątka wspierały tatę w okazywaniu radości i klekotaniu. Dzieci radośnie witały swoją mamę. Uciechom nie było końca. Niestety, mama nie potrafiła dostać się do swego gniazda. Musiała cały czas przebywać na ziemi, ale była blisko swojej rodziny i to było najważniejsze. Widok dzieci dodawał jej sił.
Kiedy bocianięta dorosły, wyfrunęły z gniazda na zawsze. Stały się samodzielne i musiały przygotowywać się do odlotu do ciepłych krajów. Uczestniczyły w bocianich sejmikach, naradach i przygotowaniach.
Ich mama nie mogła odlecieć jesienią. Musiała zostać na zimę. Dobrzy ludzie zapewnili jej ciepłe schronienie i jedzenie. Była na ich łasce. Opiekowali się nią jak najlepiej potrafili.
Kiedy bociany odleciały, było jej trochę smutno, że została sama. Dzieci gospodarzy przychodziły do niej codziennie, aby się z nią bawić. Sprawiało im to wiele radości. A i ona do nich się bardzo przyzwyczaiła.
Pewnego razu usłyszała stukanie, pukanie do drzwi stodoły. Potem pogwizdywanie, ciche klekotanie. Myślała, że to wszystko jej się śni. Jednak to była piękna prawda. Mąż, czyli pan Bociek, nie odleciał ze stadem, choć był zdrowy i mógł tak uczynić. Cały czas jej poszukiwał, pokonał wiele trudów. Nie poddawał się, wierzył, że ją w końcu odnajdzie. I udało się. Razem doczekali się wiosny.
Kiedy bociany wracały i zaczęły budować gniazda dla swoich rodzin, on też zabrał się za budowę. Chociaż mógł zamieszkać w swoim starym gnieździe, które było wygodne, umieszczone wysoko, bezpiecznie na słupie. Budował gniazdo na ziemi, aby jego żona, która nigdy już nie mogła unieść się do góry, tam zamieszkała, a on razem z nią, a potem z ich dziećmi .
Oto potęga prawdziwej miłości. Zakochany Bociek postąpił wbrew bocianiej naturze. Zamiast wysoko, jak to mają w zwyczaju bociany, wybudował gniazdo na ziemi. Ona co roku tam składała jaja, tam wylęgały się młode, tam żyła cała rodzina.
Jesienią zakochany Bociek nigdy nie odlatywał do ciepłych krajów, nie zostawiał chorej, kalekiej żony, towarzyszył jej już zawsze. Razem żegnali resztę stada przed odlotem i razem oczekiwali na ich szczęśliwy powrót. Wspólnie znosili wszelkie trudy, wspierali się w potrzebie, bo tak łatwiej jest żyć .
Tak sobie żyli długo, długo i szczęśliwie, aż do późnej starości.
Ta historia wydarzyła się naprawdę. Bocian wbrew bocianiej naturze, zbudował gniazdo na ziemi, gdyż jego ukochana nie mogła fruwać. To jest piękne, kiedy dla miłości i szczęścia innych, ktoś potrafi poświęcić wszystko, zmienić swoją naturę, przyzwyczajenia i wygody.
Autorka: Kazimiera Kowal